Po czwartku spędzonym w podróży piątek miał być dniem znacznie bardziej stacjonarnym. Oboje chcieliśmy odpocząć od samochodu. Poza tym już w momencie układania planu całej podróży na 9 lipca przygotowałem sobie trasę ze startem i metą w Nus. Na tą okoliczność wybrałem wzniesienia położone na tyle blisko owego miasteczka by obie wspinaczki można było wpleść w profil niespełna 80-kilometrowej wycieczki. Pierwszym wyzwaniem miała być przełęcz Saint Pantaleon (1664 m. n.p.m.) ze startem w Chambave i przejazdem przez Saint-Denis. Po powrocie nad rzekę miałem przeskoczyć na południową stronę doliny i w Fenis rozpocząć drugi podjazd poprzez przełęcz Champremier (1390 m. n.p.m.) z finałem we wiosce Druges na wysokości 1586 m. n.p.m. Oczywiście najważniejszym powodem wyboru tych właśnie wzniesień był ich udział w historii Giro d’Italia. Co ciekawe oba pojawiły się na trasie tego wyścigu dwukrotnie i to przy tej samej okazji. Za pierwszym razem na 260-kilometrowym osiemnastym etapie z 1992 roku, który zakończył się w stacji narciarskiej Pila. Pięć lat później w ramach kolejnego górskiego maratonu. To znaczy na 232-kilometrowym czternastym odcinku z finałem w stacji Breuil-Cervinia. Finałowe podjazdy obu tych etapów zostawiłem sobie na weekend. Tymczasem postanowiłem zasmakować w ich przystawkach.
Z uwagi na panujące we Włoszech upały ruszyłem w drogę jak najprędzej czyli kilka minut po godzinie dziewiątej. Na początek zjechałem trzysta metrów ku drodze krajowej SS-26 gdzie stanąłem by ustawić sobie wysokość początkową i wystartować licznik. Mimo wczesnej pory powietrze było już nagrzane do 27 stopni. Czekał mnie ciepły i długi dzień na rowerze oraz końcówka etapu w najgorętszej porze dnia. Na początek miałem do pokonania 6,7 kilometra po wspomnianej „krajówce”. Ten odcinek posłużył mi za teren do swobodnej rozgrzewki w tempie około 30 km/h. Pomimo pagórka na piątym kilometrze straciłem tu ponad 50 metrów z początkowej wysokości. Z głównej drogi zjechałem na rondzie, którego ozdobą był liczący sobie ledwie trzy lata pomnik z okazałą kiścią winogron. Wjechałem na Avenue Arberaz, która na zakręcie w lewo przy żółtym budynku restauracji La Crotta di Vegneron przechodziła w świadczącą o profesji i języku miejscowych ludzi Rue de Vignerons. W Dolinie Aosty na każdym roku odczuć można wpływy francuskie. Co nie może dziwić zważywszy, że na fakt, iż przez blisko siedem wieków region ten znajdował się pod wpływem hrabiów i książąt Sabaudzkich. Dopiero w 1720 roku przeszedł pod władanie Królestwa Sardynii i wraz z nim w roku 1860 stał się częścią Królestwa, zaś dziś Republiki Włoch. Co charakterystyczne na lokalnych mapach przełęcze nazywane są z francuska „col”, a nie „passo” jak to ma miejsce w niemal całej Italii.
Col du Saint Pantaleon można zdobyć na trzy sposoby. Dwie wersje tego podjazdu zaczynają się w Chambave właśnie. Trzecia tzn. wschodnia opcja startuje z Chatillon i do miasteczka Antey-Saint-Andre jest zbieżna ze wspinaczką do Breuil-Cervinia. Oba zachodnie warianty mają ten sam początek i wspólny koniec, lecz rozdzielają się po przebyciu 2600 metrów na wysokości osady Goillaz. Tu można skręcić na zachód ku gminie Verrayes lub na wschód ku gminie Saint-Denis. Obie drogi łączą się ponownie we wiosce Del po około ośmiu kilometrach separacji. Ja wybrałem podjazd przez Saint-Denis, który jest o pół kilometra krótszy od wersji Verrayes, lecz z tego samego powodu nieco bardziej stromy. Podczas wspomnianych edycji Giro kolarze atakowali Saint Pantaleon na inne sposoby. W 1992 roku od strony Chatilllon przez Antey-Saint-Andre, po czym zjechali przez Saint-Denis do Chambave skąd udali się do Fenis na podbój wzniesienia Champremiere. Natomiast w 1997 roku zaczęli wspinaczki w Fenis podjazdem pod Champremiere, po czym zjechali do Saint-Marcel i Nus, zaś podjazd pod Saint Pantaleon zaczęli w Champagne (tuż przed Chambave) i pojechali przez Verrayes. To właśnie na tej premii górskiej Ivan Gotti skutecznie zaatakował lidera Pawła Tonkowa, po czym na finałowych kilometrach do Cervinii powiększył swą przewagę i odwrócił losy wyścigu.
Muszę przyznać, iż podjazd ten dał mi się bardziej we znaki niż oczekiwałem. Pierwsze 4400 metrów z Chambave do Saint-Denis miało średnie nachylenie 7,9 %. Maksymalna stromizna sięgnęła prawie 13 % pod koniec czwartego kilometra. Nieco wyżej można było zawiesić oko na pozostałościach wzniesionego w XIII wieku zamku Cly. Kolejne 3600 metrów od Saint-Denis do Petit Bruson również zmuszało do sporego wysiłku. Odcinek ten był niewiele łatwiejszy od pierwszej kwarty tzn. na średnim poziomie 7,4 %. Szczęśliwie przy przejeździe przez Petit Bruson na długie 900 metrów nachylenie spadło poniżej 5 % i można było odsapnąć przed górną połówka wspinaczki. Jednak tuż za wioską zaczęły się kolejne serpentyny i trzeba było wrócić do wytężonej pracy. Na odcinku 3600 metrów od rubieży Petit Bruson przez Del do Semon średnie nachylenie utrzymuje się na średnim poziomie 7 %. Jechałem tu wśród przypalanych południowym słońcem łąk, na których głośny koncert dawały świerszcze na przemian z cykadami. Dopiero kilkaset metrów dalej czyli na początku czternastego kilometra wspinaczki pojawiła się kolejna okazja do złapania głębszego oddechu czyli w sumie 1200 metrów łatwiejszego terenu. W końcu dojechałem do zakrętu w Charesoulaz skąd do szczytu zostały mi dwa kilometry, z czego 1800 metrów ukryte w lesie. Finał o średniej 8,1 % był godnym zwieńczeniem tej trudnej góry. Na przedostatnim kilometrze chwilowa stromizna trzykrotnie zbliżyła się do poziomu 12 %.
Na ostatnim zakręcie zastałem robotników drogowych przy pracy. Ci jednak inaczej niż ich koledzy po fachu z drogi do Champorcher nie wylewali tu nowego asfaltu, lecz zabezpieczali użytkowników szosy przed osuwiskami montując specjalną siatkę po wewnętrznej stronie wirażu. Zatrzymałem się dopiero jakieś dwieście metrów za przełęczą, która była praktycznie nie oznaczona. Stanąłem na małym placu służącym za punkt widokowy. Patrząc w kierunku wschodnim bez trudu można było dojrzeć Monte Zerbion (2722 m. n.p.m.). Ale nie tylko. Przy słonecznej pogodzie i przejrzystym powietrzu na dalekiej północy widać było też strzelisty wierzchołek Matterhorn (4478 m. n.p.m.). To szósty pod względem wysokości szczyt całych Alp, po włosku nazywany Monte Cervino. Według moich wyliczeń podjazd z Chambave przez Saint-Denis liczy sobie 16,38 kilometra. Przy przewyższeniu 1182 metrów dystans ten przekłada się na średnie nachyleniu rzędu 7,21 %. Na jego pokonanie potrzebowałem 1 godzinę 5 minut i 52 sekundy. Oznacza to, iż wjeżdżałem z przeciętną prędkością 14,930 km/h, przy wskaźniku VAM o wartości 1076 m/h. W porównaniu z czwartkową jazdą pod nieco trudniejszy, acz krótszy Champorcher był to niewielki regres. Niewątpliwie ta góra dała mi w kość, zaś sporą garść energii zabierało też bezlitosne słońce. Tymczasem skoro temperatura na przełęczy sięgnęła już 24 stopni, to w dolinie mogłem się obawiać najgorszego. Dlatego też zjeżdżałem bardzo spokojnie, aby zachować jak najwięcej sił na drugi, w dodatku bardziej stromy podjazd.
ZDJĘCIA

