W oryginalnym programie tej wycieczki pomiędzy dwoma czekającymi nas wyścigami zaplanowałem jedynie pojedyncze podjazdy co by za bardzo nie zmęczyć się przed niedzielnym maratonem. Niemniej z racji fatalnej pogody w ubiegłą sobotą wypadł nam pierwszy z przewidzianych etapów. Tymczasem przynajmniej jedną z przewidzianych na ten dzień gór chciałem zobaczyć. Dlatego też do piątkowego programu postanowiłem dodać „zaległy” podjazd do z Ried im Oberinntal do Serfaus. Taka zmiana planów nie wymagała przy tym wielkiego poświęcenia. Po pierwsze znajdował się on w bezpośrednim sąsiedztwie naszej bazy i można było o niego zahaczyć w drodze powrotnej z Samnaun. Po drugie na tle innych wybranych przez mnie wzniesień był stosunkowo krótki i łatwy, więc nie podwyższał zanadto skali trudności szóstego dnia naszej wycieczki. Po czwartkowym chłodzie i deszczu z radością powitaliśmy słoneczny piątkowy poranek. Czekała nas wyprawa w zupełnie nowy rewir. Przez pierwsze cztery dni wyjeżdżając z Prutz zjeżdżaliśmy w stronę Landeck, po czym odbijaliśmy na zachód (pod Arlberg czy Bielerhohe) lub na wschód (ku dolinie Oetz). Natomiast w czwartek pojechaliśmy prosto na południe czyli w głąb doliny Kaunertal. Ostatnie trzy dni naszej tyrolskiej przygody mieliśmy zaś zacząć od jazdy drogą nr 180 w kierunku południowo-zachodnim czyli w górę Inntal, ku granicy ze Szwajcarią i Włochami.
Jako się rzekło w piątek czekały nas dwa podjazdy czyli: Samnaun i Serfaus. Oba bywałe w ostatniej dekadzie na trasach Tour de Suisse. Samnaun znalazł się na trasie tego wyścigu w 2002 roku, podczas edycji bardzo ciekawej dla polskich kibiców z racji rewelacyjnej jazdy Piotra Wadeckiego. Obecny selekcjoner naszej kadry narodowej trzy miesiące po groźnym wypadku na Tirreno – Adriatico śmigał po wysokich górach pięknie jak nigdy i w klasyfikacji generalnej TdS zajął drugie miejsce, przegrywając tylko z Alex’em Zulle – zwycięzcą Vuelta a Espana z lat 1996-1997. Niemniej etap trzeci z metą w Samnaun padł łupem nie Polaka czy Szwajcara, lecz Aleksandra Winokurowa. Zulle był tego dnia drugi ze stratą 3 sekund do Kazacha i objął prowadzenie w wyścigu. Tuż za nim przyjechał jego francuskojęzyczny rodak Laurent Dufaux. Natomiast „Wadek” finiszował szósty tracąc do zwycięzcy 9 sekund, podobnie jak poprzedzający go Rosjanin Paweł Tonkow i Austriak Peter Luttenberger. Z kolei podjazd do Serfaus pojawił się na trasie TdS nieco później, ale za to już dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2009 roku gdy finisz z 15-osobowej grupki asów wygrał Michael Albasini. Szwajcar wyprzedził swego rodaka i późniejszego triumfatora całej imprezy Fabiana Cancellarę oraz Włocha Damiano Cunego. Natomiast w tym roku, dokładnie na tydzień przed moją „inspekcją” cieszył się tu ze zwycięstwa Thomas De Gendt. Okazał się on najmocniejszy i zarazem najsprytniejszy z grona 17 uciekinierów. Zainicjował swą solową akcję jeszcze w dolinie, zaś na finałowym podjeździe odparł kontratak samego Andy Schlecka. Młodszy z braci Schlecków stracił do Belga 35, zaś trzeci na kresce Hiszpan Jose Joaquin Rojas 48 sekund.
Na pierwszy rzut postanowiliśmy wziąć położony nieco dalej od Prutz, a przy tym niewątpliwie trudniejszy podjazd do Samnaun (1839 metrów n.p.m.). Tą górę można pokonać na dwa sposoby. Opcja zachodnia czyli 14,5 kilometra przy średnim nachyleniu 5,1 % zakłada początek wspinaczki we wiosce Vinadi na poziomie 1094 m. n.p.m. i w całości przebiega po południowo-wschodnich rubieżach Szwajcarii. Natomiast wschodnia wersja podjazdu o długości 15,3 km i średnim nachyleniu 5,4 % rozpoczyna się na austriackiej ziemi, w położonym nieco niżej, bo na wysokości 1017 m. n.p.m. Kajetanbrucke. Obie drogi zbiegają się tuż za austriacko-szwajcarskim przejściem granicznym co oznacza, iż końcowe sześć kilometrów wzniesienia jest wspólne dla obu wersji tego wzniesienia. Przypuszczam, że uczestnicy TdS z roku 2002 wspinali się do mety od strony Vinadi. My jednak z powodów tak logistycznych jak i odrobiny własnej sportowej ambicji wybraliśmy do swego „menu” nieco trudniejszą wschodnią opcję. W tym celu podjechaliśmy samochodem do miasteczka Pfunds, oddalonego od naszej bazy o skromne 16 kilometrów. Podobnie jak kilka dni wcześniej w Oetz na miejsce naszego rozładunku wybraliśmy parking pod marketem Impreis. Dzięki temu mogliśmy liczyć na odrobinę rozgrzewki tj. kilka minut jazdy w płaskim terenie, drogą krajową nr 180 wzdłuż rzeki Inn. Kilka minut po jedenastej ruszyliśmy z Pfunds i już po chwili okazało się, że jestem do tej jazdy podwójnie nieprzygotowany. Po pierwsze zapomniałem zabrać z sobą aparatu fotograficznego, a na domiar złego mój licznik znów nie działał. Tym razem zawiodła bateria w podstawce pod licznik, najwyraźniej przemoczona w trakcie czwartkowego wyścigu z powodu nieszczelnej przykrywki. Na szczęście mogłem liczyć na dane i zdjęcia zebrane przez Darka.
Po przejechaniu 2200 metrów zjechaliśmy z niej odbijając w prawo na drogę lokalną nr 348, dosłownie kilkadziesiąt metrów przed miejscem gdzie główna droga rozdziela się na zmierzającą ku Italii Reschen Strasse (nr 180) oraz biegnącą ku Helwetii Engadiner Strasse (nr 184). Pierwsze kilkaset metrów przez nieuwagę przejechałem na dużej tarczy używając specyficznego przełożenia 53×21. Wkrótce jednak zaczęła się widoczna na profilu stromizna i nie pozostało mi nic innego jak zrzucić łańcuch na małą tarczę 39, po czym wrzucić typowo górski tryb z 24 ząbkami. Ze sporym wysiłkiem pokonałem trzy trudne kilometry z siedmioma wirażami, korzystając również z trybu 28. Z mozołem zbliżyłem się, a następnie wyprzedziłem dwóch cyklo-turystów, których ujrzałem przed sobą. Było słonecznie i ciepło (dobrze ponad 20 stopni Celsjusza), więc można było się w tym miejscu zdrowo napocić. Nie bez powodu, gdyż nawet mimo łatwiejszego wstępu pierwsze 3,7 kilometra miało średnie nachylenie rzędu 11 %. Szczęśliwie nie cały podjazd wyglądał w ten sposób. W zasadzie pokonawszy ten odcinek najgorsze mieliśmy już za sobą. Kolejne 4,5 kilometra kończące się na wysokości około 1640 metrów n.p.m., przy rozjeździe Samnaun / Spiss miało średnio już tylko 4,5 %. Co więcej z tego miejsca do granicy i zbiegu naszego szlaku z drogą z Vinadi prowadził dość stromy, około półtorakilometrowy zjazd, na którym straciliśmy blisko 120 metrów ze zdobytej właśnie wysokości. Wszystko to trzeba było oczywiście odpracować na ostatnich sześciu kilometrach wzniesienia. Szwajcarska końcówka miała średnie nachylenie 5,5 %, lecz jej początek potrafił mnie nieco przytkać. Szczególnie podstępny okazał się jedenasty kilometr wzniesienia o nachyleniu 10,5 %.
Zaraz po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się na terenie strefy wolnocłowej, gdyż Samnaun niczym włoskie Livigno czy pirenejska Andorra jest górskim rajem podatkowym. Stąd dziwić im wyżej jechaliśmy tym więcej życia było wzdłuż drogi. O ile na austriackim odcinku mijaliśmy tylko pojedyncze gospodarstwa to po szwajcarskiej stronie witały nas całe narciarskie kurorty. Najpierw Compatsch, potem Ravaisch i w końcu Samnaun. Wszędzie czekające na turystów pensjonaty, zapadłe w letni sen wyciągi narciarskie oraz liczne stacje benzynowe oferujące najtańszą w regionie benzynę za skromne 1,15 Euro tj. po cenie o jakieś 20 % niższej od obowiązującej w dolinie. Przegoniłem tu jeszcze czterech kolejnych amatorów kolarstwa i mocno zbliżyłem się do piątego. Do Samnaun wjechałem przez mostek przerzucony nad górskim potokiem. Zdecydowałem się pojechać do najwyższego punktu tej miejscowości czyli pozostało mi jeszcze 500 metrów jazdy po Talstrasse pełnej sklepów oraz turystów. Asfalt skończył się na wysokości 1860 metrów n.p.m. Na pokonanie całego wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 39 sekund co oznacza, iż jechałem ze średnią prędkością 14,422 km/h. Usiadłem u granicy miasteczka i lasu, na dwuczęściowej bali drewna przedzielonej skibobem. Postanowiłem odsapnąć i poczekać na swego kolegę. Zajęło to więcej czasu niż przypuszczałem, bo aż 45 minut. Darek z braku odpowiednich treningów był daleki od swej formy sprzed dwóch lat i wczorajszy Kaunertaler Gletscherkaiser dał mu się mocno we znaki. Dlatego pod Samnaun jechał bardzo spokojnie, tu i ówdzie przystając. Z zaliczenia kolejnego podjazdu był oczywiście zadowolony, lecz jednocześnie zapowiedział, że na dziś mu wystarczy. Co więcej stwierdził, że w sobotę potrenuje tylko na płaskim terenie aby relatywnie wypoczętym stanąć na starcie DreilanderGiro.
ZDJĘCIA

