DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Castelbello
Wysokość: 1736 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1161 metrów
Długość: 11,9 kilometra
Średnie nachylenie: 9,8 %
Maksymalne nachylenie: xxx %
PROFIL
OPIS
Tymczasem my u kresu Val Martello ubraliśmy się cieplej, po czym zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową w pobliżu Alpengasthof Schonblick (Hotel Bellavista). Zjeżdżaliśmy nieśpiesznie, albowiem było co fotografować. Dario wjechał nawet na wspomnianą tamę i nakręcił z niej parę krótkich filmów. Jakieś sześć kilometrów przed końcem zjazdu tj. na wysokości Burgauner Hof spotkałem Tomka, który nieco odżył i wsiadł na rower. Sił starczyło mu na te kilka niełatwych kilometrów. Do Citroena, którego zostawił nam Daniel zjechaliśmy kilka minut przed 16:30. Teraz musieliśmy podjechać do Castelbello i przed drugą górą znaleźć w tym miasteczku jakiś lokal gastronomiczny. Przejechaliśmy zatem siedem kilometrów w kierunku powrotnym tzn. na wschód. Tam znaleźliśmy uliczkę Winkelweg / Via al Tre Canti prowadzącą w kierunku podjazdu pod San Martino (1736 m. n.p.m.). Następnie wybraliśmy się na przymusowy spacer po miasteczku, nad którym góruje zamek z pierwszej połowy XIII wieku. Poszukiwania strefy bufetowej zaprowadziły nas na przeciwległy czyli południowy brzeg Adygi. To wszystko zabrało nam trochę czasu, ale jeszcze dłużej czekaliśmy na posiłek zamówiony w gospodzie Angerguterkeller, której historia sięga roku 1583. Za sprawą wszystkich poślizgów czasowych na drugą premię górską wyruszyliśmy dopiero o godzinie 18:27. Rzec można o całą minutkę szybciej niż dzień wcześniej udało nam się wystartować pod Caurię. Co ciekawe oba te podjazdy były bardzo podobne do siebie. Tyrolski św. Marcin jest co prawda znacznie wyższy, ale to z racji wyżej położonego miejsca startu. Natomiast z praktycznego punktu widzenia podjazd ten był tylko o 500 metrów dłuższy i 53 metry większy. Do pokonania w naszej kolejnej sesji wieczornej mieliśmy 11,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,8 % i przewyższeniu 1161 metrów. Nie byle jaka kolacja. Od startu było jasne, że znów czeka nas walka nie tylko ze stromizną, ale i z czasem by wrócić do auta przed zmierzchem. Tym razem praktycznie całą górę przejechaliśmy razem. Bark w bark niczym Anquetil i Poulidor na Puy de Dome w 1964 roku. Zapewne tylko tempo jazdy się nie zgadzało, no i zabrakło nam tłumów kibiców. Już początkowa ścianka doprowadzająca do wirażu nr 1 robiła wrażenie. Natomiast pierwsze 2,2 kilometra na tej górze miało średnie nachylenie 10,9 %. Po tym odcinku można było chwilę odpocząć na 300-metrowym zjeździe, który jednak od razu przechodził w kolejną stromiznę.
Podjazd początkowo prowadził po Trumsberger Weg / Via Monte Trumes. Po pięciu serpentynach na pierwszych dwóch kilometrach droga wiodła dalej raczej długimi prostymi odcinkami wzdłuż zbocza góry. Wiraż szósty przejechaliśmy po 3,2 kilometra od startu, zaś dziesiąty dopiero trzy kilometry dalej. Na zakręcie jedenastym minęliśmy skręt ku miejscowości Trumsberg / Montetrumes (7,4 km). Jechaliśmy cały czas w kontakcie, co najwyżej jeden drugiemu odjeżdżał na kilkanaście metrów. Tym razem nie miałem kryzysu. Za sprawą posiłku zjedzonego w Angerguterkeller obyło się bez „klątwy siódmego kilometra”. Przepychałem swoje 34/27 z kadencją w okolicach 50-60 rpm. Spokój jazdy zakłóciło nam jedynie wydarzenie z połowy dziesiątego kilometra. Dario łapiąc oddech złapał muchę w rozmiarze „kingsajz”. Takiego posiłku oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. Tym bardziej podczas forsownej wspinaczki. Musieliśmy się zatrzymać na niespełna dwie minuty by mógł ją wykrztusić i dojść do siebie. Po ponownym starcie zostało nam do przejechania 2,5 kilometra. Na przełomie dziesiątego i jedenastego pokonaliśmy kręty odcinek z czterema wirażami. Natomiast po przejechaniu 10,8 kilometra wyjechaliśmy w końcu spośród drzew na odkryty teren. W połowie dwunastego kilometra minęliśmy osadę składającą się z kilku domostw, zaś po 11,8 kilometra od startu pokonaliśmy ostatni osiemnasty zakręt. Wspinaczkę zakończyliśmy po przejechaniu 12 km i 160 metrów w czasie netto 1h 13:36 (avs. 9,9 km/h). Na stravie zaznaczono 12-kilometrowy segment z przewyższeniem 1124 metrów. Pokonaliśmy go w czasie brutto 1h 15:22 (bez postoju 1h 13:35). Wypadliśmy całkiem nieźle. Oficjalny czas daje nam 22-23 miejsce, zaś realny 20-21 pośród 144 zarejestrowanych osób. Na górze ujrzeliśmy: kościół, szkołę podstawową i górną stację kolejki linowej. Stał tam też krzyż z Chrystusem o obliczu równie zmęczonym co twarze cykloamatorów docierających w to miejsce. Swój pobyt na niej ograniczyliśmy do dwunastu minut rozpoczynając zjazd o godzinie 19:55. Niespełna pół godziny później byliśmy na dole. Tym niemniej finisz o 20:24 okazał się i tak swego rodzaju „rekordem” podczas moich tegorocznych wojaży. Oczywiście znów nie udało się uwiecznić na zdjęciach uroków wzniesienia. Trzeba będzie coś zrobić z tym faktem. Plan na sezon 2016 mam taki by zaczynać podjazd nr 1 najpóźniej o godzinie 11:00, zaś drugi o 15:00. Tym samym o osiemnastej bylibyśmy już po wszystkim, mając przy okazji więcej czasu na regenerację przed kolejnym dniem zabawy.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/376584956
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376584956
ZDJĘCIA

