Santa Fe de Montseny

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sant Celoni

Wysokość: 1302 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1139 metrów

Długość: 23,2 kilometra

Średnie nachylenie: 4,9 %

Maksymalne nachylenie: 8,3 %

PROFIL

OPIS

Po zjechaniu do Banyoles czekał nas dłuższy transfer samochodem. To znaczy aż 95-kilometrowy odcinek do El Porxo de Can Baixeres. Jego pokonanie w najlepszym razie miało nam zająć godzinę i 20 minut. Przed wypadem na Santa Fe del Montseny chcieliśmy się zameldować w swej drugiej bazie noclegowej. Było to gospodarstwo agroturystyczne we wiosce Montseny położonej na terenie górskiego parku naturalnego o tej samej nazwie. W pierwszej fazie podróży przejechaliśmy przez Gironę, zaś pod jej koniec minęliśmy San Celoni, do którego wkrótce mieliśmy wrócić na start potyczki ze wzniesieniem Santa Fe. Po dotarciu do Montseny straciliśmy nieco czasu na wyjaśnienie gospodyni, iż mamy ważną rezerwację zrobioną za pośrednictwem serwisu „booking.com”. Przydały się lingwistyczne jak i dyplomatyczne umiejętności Rafała. W roli rzecznika grupy nasz „madrileno” spisał się wybornie. Lokal ten wynajęliśmy tylko na dobę za cenę 90 Euro. Porzuciliśmy w nim nasze bagaże i przygotowaliśmy się do drugiego z niedzielnych wyzwań. Następnie pokonaliśmy autem 18 kilometrów dzielące Montseny od Sant Celoni. Na miejscu jakiś czas kluczyliśmy po jednokierunkowych uliczkach tego miasteczka. W końcu znaleźliśmy wyjście z „labiryntu” czyli ulicę Carretera de Campins. Zaparkowaliśmy blisko zachodniej granicy miasta. Było już po wpół do szóstej. Czekał zaś nas aż 24-kilometrowy podjazd. Trzeci pod względem długości na tej wyprawie. Na szczęście łagodny, bo przy przewyższeniu 1139 metrów miał on średnie nachylenie na poziomie 4,7%. Tym samym można było założyć, iż kilometry choć liczne powinny nam szybko mijać pod kołami. Zjazd po zmroku i tak nam nie groził. Pod koniec maja mieliśmy przecież jeden z dłuższych dni w roku. Poza tym Katalonia choć znajduje się w naszej strefie czasowej to geograficznie leży niemal na wysokości londyńskiego Greenwich. To zaś oznacza, iż słońce zachodzi tu de facto godzinę później niż w Trójmieście. Tym razem to Dario ruszył jako pierwszy o godzinie 17:46. Ja z Rafałem dwie minuty później.

Teren mi tu sprzyjał. Średnie nachylenie poniżej 5%. Najtrudniejszy kilometr na poziomie tylko 6,7%, zaś maksymalna stromizna w dwóch miejscach sięgała ledwie 9%. Zacząłem szybko i zgubiłem Rafała niedługo po starcie. Dario zaczął bardzo spokojnie i to uratowało go od kosztownej pomyłki. W połowie czwartego kilometra znajdowało się rondo, na którym trzeba było odbić w prawo trzymając się drogi GIV-5114. Tymczasem mój kolega skierował się prosto w stronę miasteczka La Costa del Montseny. Szczęśliwie byłem już na tyle blisko, że mogłem krzyknąć aby zawrócił i jechał moim śladem. Na łatwym odcinku pod koniec czwartego kilometra nieco zwolniłem, więc Dario dojechał i usiadł mi na kole. Wkrótce byliśmy już w Campins (5,3 km), gdzie zaczęła się zasadnicza faza tego wzniesienia. Jechałem całkiem mocno, zaś Darek choć w tym terenie „grał na wyjeździe” to dzielnie trzymał się na moim kole. Przez większą część podjazdu jechało się tu w cieniu drzew, aczkolwiek po 14 kilometrach od startu minęliśmy też otoczone łąkami gospodarstwo, na którym pasło się spore stadko owiec. Z kolei cztery kilometry dalej naszą uwagę zwróciły stojące przy drodze skalne ostańce. Po przejechaniu 19,5 kilometra minęliśmy węższą drogę odchodzącą w lewo na Turo de l’Home. Jednak tą wyniosłą górę zdobyć mieliśmy dopiero w poniedziałek i to od innej strony. Wkrótce pokonaliśmy płaski odcinek z przejazdem przez osadę Santa Fe del Montseny. Gdy droga ponownie zaczęła się wznosić pozostały nam do przejechania już tylko 3 kilometry o średnim nachyleniu 5,5%. U kresu podjazdu nie było żadnej tablicy, więc z rozpędu naddaliśmy jakieś 500 metrów zanim  przekonaliśmy się, że zaczynamy już zjazd na drugą stronę. Wróciliśmy zatem do najwyższego punktu zatrzymując się przy skałkach z ładnym widokiem na dolinę. Tu poczekaliśmy na finisz Rafała. Według stravy dystans 23,1 kilometra przejechałem w 1h 19:26 (avs. 17,5 kmph i VAM 857 m/h). Dario uzyskał czas 1h 21:39, jedyne straty ponosząc na samym dole. Natomiast Rafa wspinał się przez 1h 38:30. Środkowe 14 kilometrów pokonaliśmy we dwójkę w czasie 52:02 (avs. 16,2 kmph i VAM 899 m/h). Na górze było pochmurno i chłodno. Licznik pokazał tylko 11 stopni co było niemiłą niespodzianką w porównaniu z temperaturą 29 stopni na starcie w Sant Celoni. Trzeba było się cieplej ubrać. Do samochodu zjechałem o godzinie 20:37. Etap drugi okazał się krótszy i łatwiejszy od pierwszego. Tym razem w nogach mieliśmy 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1963 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/592430634

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/592430634

ZDJĘCIA

Santa-Fe_001

Zdjęcie 1 z 30