DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Pigna
Wysokość: 1212 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 973 metry
Długość: 14,1 kilometra
Średnie nachylenie: 6,9 %
Maksymalne nachylenie: 11,1 %
PROFIL
OPIS
Na górze spędziliśmy niemal pół godziny. Zjazd rozpoczęliśmy tuż po czternastej. Spokojna droga pełna sielskich widoków nie skłaniała do szybkiej jazdy. Często zatrzymywałem się aby zrobić zdjęcia. Na nasz parking dotarłem o 15:25. Darkowi te urokliwe strony spodobały się jeszcze bardziej. Rzec by można, iż przepadł gdzieś po drodze. Do samochodu zjechał dopiero o szesnastej. Po kolejnych dwudziestu minutach ruszyliśmy ku naszej drugiej premii górskiej czyli na Passo Gouta (1212 m. n.p.m.). Najpierw trzeba było znaleźć miejsce, w którym zaczyna się ów 14-kilometrowy podjazd. Wiedziałem, że musimy zjechać parę kilometrów w kierunku południowym. Drogi na tą przełęcz trzeba było szukać po prawej stronie szosy SP64. Po przejechaniu dwóch kilometrów od centrum Pigny znaleźliśmy drogę SP69. To wzniesienie liczy sobie w teorii 14 kilometrów o średnim nachyleniu niemal 7% i przewyższeniu 983 metrów. Jak widać na załączonym obrazku jest to podjazd dość równy, na którym trudniejsza jest pierwsza połowa wspinaczki. Pierwsze siedem kilometrów ma średnio 7,6 %, zaś kolejne siedem już „tylko” 6,3 %. Teren całkiem dobry do płynnej jazdy. Z jednej strony bez zbędnych wypłaszczeń, zaś z drugiej strony pozbawiony bardzo stromych ścianek. Maksymalna stromizna sięga ponoć 10%, acz mój licznik pokazał „chwilówki” na poziomie 13%. Jak wiele szlaków na niespokojnym niegdyś włosko-francuskim pograniczu również ta droga powstała ze względów militarnych. Szosa jest wąska, kręta i co ważne dla kolarzy cicha czyli niemal pozbawiona ruchu samochodowego. Nie prowadzi do żadnej miejscowości, zaś zamieszkały jest teren tylko do wysokości około 500 metrów n.p.m. Na dole rosną tu drzewka oliwne, zaś wyżej szosa wpada do gęstego lasu o strukturze mieszanej, w którym jeśli wierzyć opisom przeważają jodły i buki. Dzięki nim w środku lata można się tu skutecznie schować przed słońcem. Dla nas którzy zapędzili się w te strony późnym popołudniem na początku września ta osłona nie miała już jednak większego znaczenia. Gdyby po drodze ktoś zanadto osłabł z sił to u kresu tej wspinaczki może się posilić lub napoić w schronisku Gola di Gouta. Na całym wzniesieniu jest osiemnaście klasycznych wiraży, z czego osiem mija się w trakcie pierwszej ćwiartki wspinaczki czyli do połowy czwartego kilometra. Z niektórych mieliśmy ładny widok na sięgający niemal dwóch tysięcy metrów szczyt Monte Toraggio (1973 m. n.p.m.). Jak przystało na podjazd liguryjski z pewnych miejsc można też było dojrzeć błękitne wody Morza Śródziemnego.
Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:25. Obaj w tym samym momencie. Dlatego od razu ustaliliśmy, iż każdy z nas jedzie swoje czyli na ile tylko własne nogi i buty pozwolą. Starałem się jechać na tyle mocno na ile byłem w stanie po szybkiej wspinaczce na Colla Melosa. Mój plan minimum zakładał wyrobienie się w czasie poniżej godziny. To się udało, acz nie stać mnie było na jakieś rewelacyjne tempo. Według danych z Garmina przejechałem 14 kilometrów w czasie 58:15 czyli przy średniej prędkości 14,5 km/h. Na stravie w zasadzie ten sam odcinek opisano jako segment o długości 13,7 kilometra z przewyższeniem 969 metrów. Zmierzono mi na nim czas 58:10 przy avs. 14,2 km/h i VAM 1000 m/h. Ten wynik daje mi 43 miejsce na liście obejmującej 230 osób. Darek na pokonanie tego segmentu potrzebował 1h 08:39 (avs. 12,0 km/h i VAM 847 m/h). Parę godzin wcześniej na dojeździe do Langan wykręcił VAM 860 m/h, zaś na finałowym odcinku pod Melosę 858 m/h. Z pełnym przekonaniem stwierdził, więc że sandały bardziej nadają się do kolarstwa niż sportowe buty do biegania. Zanim nadjechał mój przyjaciel zaczepili mnie dwaj niemieccy motocykliści. Pytali o drogę ku francuskiej granicy. Z przełęczy droga SP69 wiodła dalej prosto, ale tylko przez niespełna dwa kilometry i kończąc się ni stąd ni zowąd w leśnej głuszy. Mogli odbić w prawo na graniczną Passo Muratone (1157 m. n.p.m.), ale wygodnym szutrowym szlakiem dojechaliby tylko do wcześniejszego Colle Scarassan (1226 m. n.p.m.). Po bardzo spokojnym zjeździe i krótkim odcinku w dolinie do samochodu dojechaliśmy kwadrans przed siódmą. W sumie na drugim etapie przejechałem 73,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2336 metrów. Dario miał śmiały plan by przed 20:00 odnaleźć oddział UPS w Imperii. Trzeba się było pośpieszyć. Doliną Nervia pognałem na tyle szybko na ile się dało. Zapomniałem wyłączyć Garmina, przez co nieopatrznie „ustanowiłem” parę rekordów na stravie. Na autostradzie pełen gaz. Niemniej wcześniej wstrzymały nas korki na ulicach Ventimigli. Natomiast tuż przed wjazdem na autostradę zapytano mnie, w którą stronę chcemy jechać. W związku z początkiem kryzysu imigracyjnego wprowadzono kontrolę samochodów zmierzających ku granicy francuskiej. Na zachodniej nitce A10 szybko powstał kilkunastokilometrowy korek. Po dojechaniu do Imperii spodziewany oddział (agencja) firmy kurierskiej okazał się ledwie kioskiem. Zresztą zamkniętym, gdyż spóźniliśmy się o kilka minut. Jednak skoro już byliśmy w mieście to postanowiliśmy podjechać na bulwar nadmorski i sprawdzić pizzerię, którą zachwalał nam Daniel. Niemniej i tu nie mieliśmy szczęścia, bo akurat w poniedziałki bywa ona zamknięta. Aby nie wracać do domu z pustymi żołądkami zasiedliśmy w ogródku konkurencji.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/387271605
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/387271605
ZDJĘCIA

