Poniedziałek 15 czerwca podczas tej wyprawy był dniem wielu rekordów. Najdłuższa trasa do pokonania na rowerze, największe przewyższenie do przebycia i do tego najdłuższy transfer samochodowy na samo miejsce startu do tej całej zabawy. Jednym słowem niemal cały dzień poza bazą. Na początek czekało nas blisko 80 kilometrów w aucie przez Martigny i Sion, na wschód ku źródłom Rodanu. Faktycznie nie pojechaliśmy aż tak daleko, lecz i tak oddaliliśmy się od Les Valettes na tyle daleko by zmienić strefę językową. Wciąż byliśmy w kantonie Valais, lecz za miejscowością Sierre nazwy na tablicach brzmiały już z niemiecka, zaś sam region w mowie tutejszych mieszkańców nazywany jest Wallis. Na rowery chcieliśmy się przesiąść w miasteczku Visp, aby przed pierwszymi kilometrami poniedziałkowej wspinaczki mieć przynajmniej 15-20 minut cennej rozgrzewki. Leżące u wejścia do dwóch górskich dolin tzn. Mattertal i Saastal Visp jest rodzimym miastem szefa FIFA Seppa Blattera. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy drodze ku Stalden, a sami udaliśmy się w kierunku wschodnim drogą nr 9 ku miasteczku Brig. Naszym pierwszym celem tego dnia była bowiem położona na szlaku do Italii przełęcz Simplon (2005 metrów n.p.m.). Atrakcją tego regionu jest blisko 20-kilometrowy tunel kolejowy wydrążony w masywie Monte Leone. Łączy on Brig z włoską doliną Val Divedro, będąc oddany do użytku w 1906 roku przez blisko pół wieku uchodził za najdłuższy na świecie. Tędy przebiega trasa słynnego Orient Expressu.
Przez Simplon aż 17-krotnie przebiegała trasa Tour de Suisse, acz przełęczy tej nie brakowało też w programie Giro d’Italia – po raz ostatni w 2006 roku na etapie z Aosty do Domodossoli. Zaczęliśmy podjazd zgodnie planem czyli na ulicy Neue Simplonstrasse, lecz wkrótce na skutek mojej pomyłki zbyt szybko z Andrzejem wskoczyliśmy z powrotem na główną drogę ku przełęczy czyli wspomnianą już krajową „9”. Jadący z niewielką stratą Jarek podążył naszym śladem i jedynie Łukasz jak się później okazało wybrał opcję cichszą i bardziej urokliwą przez Ried-Brig tj. w pełni zgodną z załączonym po lewej stronie tekstu profilem. Obie drogi czyli lokalna i krajowa zbiegały się dopiero za wielkim wiaduktem nieopodal osady Schallberg. Dłuższa wersja podjazdu, którą w niezamierzony sposób „odkryłem” miała w sumie 22,3 kilometra co przy przewyższeniu 1316 metrów dało średnie nachylenie 5,9 %. Muszę przyznać, iż tym razem momentami musiałem się mocno spinać by dotrzymać tempa Andrzejowi. „Wicherek” z dnia na dzień zdawał rosnąć w siłę. W górnej części wspinaczki gdy zaczęły się tunele za wioska Rothwald nogi kręciły się mi już sprawniej, lecz w uznaniu zasług kolegi w dyktowaniu wysokiego tempa oraz pamiętając o czekającym nas jeszcze drugim wzniesieniu postanowiłem nie podkręcać tempa ponad miarę. Ostatecznie dotarliśmy na przełęcz bark w bark, a ta przywitała nas niezbyt przyjaźnie bo ciemnymi i nisko zawieszonymi chmurami oraz wilgocią, którą czuć było w powietrzu. Wspinaczka zajęła mi i Andrzejowi w sumie 1 godzinę oraz 21,5 minuty co dało nam całkiem zgrabną średnią prędkość 16,41 km/h. Wskaźnik VAM czyli 968 m/h nie był co prawda imponujący, ale wynikało to raczej z nieszczególnie stromego profilu tego wzniesienia. Gdy tylko dojechał do nas Jarek przejechaliśmy w trójkę dalszy kilometr po płaskowyżu w stronę restauracji Monte Leone, w której przy ciastku i kawie chowając się przez zimnem i wiatrem poczekaliśmy na Łukasza.
ZDJĘCIA

