Turo de l’Home

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sant Celoni

Wysokość: 1654 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1491 metrów

Długość: 25 kilometrów

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 12,9 %

PROFIL

OPIS

Przed przyjazdem do Katalonii zakładałem, iż trzeciego dnia będę mógł zaliczyć aż trzy podjazdy. Była ku temu dobra okazja. Spaliśmy bowiem w bliskim sąsiedztwie Coll Formic (1142 m. n.p.m.) czyli przełęczy, która w latach 1970-84 aż pięciokrotnie znalazła się na trasie Vuelta a Espana. Wyjechawszy z bazy można było do niej dotrzeć od strony południowej po pokonaniu podjazdu o długości 9,5 kilometra i przewyższeniu 610 metrów. Jednak czasu na to było niewiele. Trzeba było to zrobić przed śniadaniem lub przynajmniej przed opuszczeniem Montseny. W tym celu musiałbym się zbudzić półtorej godziny wcześniej niż zazwyczaj. Ostatecznie na takie poświecenie się nie zdobyłem, więc owe ambitne plany spaliły na panewce. Jednak nawet bez tej porannej „przystawki” poniedziałkowy etap zapowiadał się bardzo ciekawie. Przed sobą mieliśmy długi dzień okraszony dwoma atrakcjami o sporej wartości sportowej i poznawczej. W naszych planach była kolejna przeprowadzka, zaś w trakcie samochodowego transferu przystanki u podnóży dwóch wielce interesujących wzniesień. Najpierw mieliśmy pokonać Turo de l’Home (1654 m. n.p.m.) czyli podjazd o długości 25,6 kilometra i średnim nachyleniu 5,8%. Zdaniem wielu najtrudniejszą kolarską górę całej Katalonii. Następnie niejako na dokładkę czekała nas wspinaczka pod Monestir de Montserrat (734 m. n.p.m.). Krótka lecz solidna tzn. o długości 8,5 kilometra i średnim nachyleniu 6,9%. Warta zaliczenia przede wszystkim z uwagi na piękno miejsca do którego ten podjazd prowadzi. Ale po kolei. Z Montseny wyjechaliśmy ledwie kilka minut przed jedenastą. Dojazd na start pierwszego „odcinka specjalnego” mieliśmy oswojony, gdyż podjazd pod Turo de l’Home zaczyna się w tym samym miejscu co wspinaczka pod niedzielną Santa Fe del Montseny. Ponownie zatrzymaliśmy się więc na Carretera de Campins w miasteczku Sant Celoni. Przed sobą mieliśmy wzniesienie będące nie lada wyzwaniem dla kolarzy-amatorów, acz prawie nieznane wyścigom z najwyższej półki. Trasa hiszpańskiej Vuelty nigdy nie dotarła na ten wyniosły szczyt. Natomiast uczestnicy Volta a Catalunya pokonali ten podjazd tylko raz i to przed czterdziestu laty. Szósty etap Volty z roku 1976 wygrał tu Hiszpan Jose Enrique Cima, zaś na trzecim miejscu finiszował słynny Belg Roger De Vlaeminck.

Za sprawą niskiego poziomu startu Turo de l’Home nie imponuje wysokością bezwzględną. Jednak pod względem przewyższenia był „numerem jeden” w całym programie tej wyprawy. Jedynie przy tej okazji mieliśmy mieć do pokonania prawie 1500 metrów w pionie. Można było założyć, iż nikt z nas nie upora się z tym wzniesieniem w czasie poniżej półtorej godziny. Rafał ruszył jako pierwszy o godzinie 11:41. Ja wraz z Darkiem dziewięć minut później. Tym razem Dario szybko odpuścił sobie jazdę na moim kole. Przez pierwsze 3,5 kilometra jechało się po tym samym odcinku drogi co dzień wcześniej na szlaku do Santa Fe. Potem na znajomym z poprzedniego dnia rondzie należało odbić w lewo i przeskoczyć z drogi BV-5114 na BV-5119. Nachylenie z łagodnego zmieniło się tu na umiarkowanie trudne. Dwukilometrowy odcinek przed Mosqueroles trzymał na średnim poziomie 6,2%. Po wjeździe na teren Parku Natural de Montseny (6,1 km) nachylenie przekraczało już 7%. Na ósmym kilometrze wyprzedziłem Rafała, który na tej długiej górze rozsądnie jechał swoim równym tempem. Po przejechaniu 10,2 kilometra nasza droga skręciła w prawo ku Costa del Montseny (10,7 km). Bezpośrednio powyżej tej miejscowości trzeba było się zmierzyć ze stromizną sięgającą 12%. Jednak to było tylko chwilowe wyzwanie. Przez kolejne kilka kilometrów teren wyglądał spokojnie. Na początku piętnastego kilometra minąłem parking przy kampingu Fontmartina (14,2 km), na którym z autokaru wysiadła szkolna wycieczka. Najtrudniejszym odcinkiem na drodze BV-5119 był fragment między 16,5 a 17,5 kilometra od startu. To jest cały kilometr o średniej 8,5% i maximum 14%. Był to przedsmak trudnej końcówki na Carretera Turo de l’Home. Ta zaczęła się od skrętu w lewo po przejechaniu 18,8 kilometra. Cztery kolejne kilometry trzymały na poziomie od 7,2% do 10,4% z momentami ponownie sięgającymi 14%. Jednak nie stromizna była tu największym problemem. Bardziej dawał się we znaki ogólnie kiepski stan tej szczytowej drogi. Za wyjątkiem krótkich odcinków świeżego asfaltu była ona mocno chropowata lub wręcz dziurawa. Ciężko było trzymać swój rytm jazdy na takiej nawierzchni.

Wkrótce dotarłem też do poziomu chmur. Było już chłodno, wietrznie i do tego widoczność dramatycznie zmalała. Otuchy dodawała jednak bliskość celu. Po przejechaniu 23,1 kilometra trzeba było pokonać szlaban dzielący parking dla turystów zmotoryzowanych od węższej dróżki wiodącej pieszych i cyklistów do samego szczytu. Przypomniało mi to końcówkę jeszcze dłuższego podjazdu pod Blockhaus w Abruzji. Tym razem jednak nie miałem szczęścia do pogody, więc nie dane mi było zachwycać się górskimi pejzażami. Mając już w nogach 24,3 kilometrów dotarłem na pośrednią przełęcz Coll de Sessbases (1643 m. n.p.m.). Stąd do kresu wspinaczki na placu przed stacją meteorologiczną miałem tylko 700 metrów. Pozostały teren był płaski za wyjątkiem podjazdu na finałowych 100 metrach po resztkach asfaltowej drogi. Dotarłem na szczyt pokonawszy 25 kilometrów w 1h 35:56 (avs. 15,7 kmh i VAM 935 m/h). Swego rodzaju atak szczytowy zajął mi niespełna pół godziny. Według stravy końcowy odcinek o długości 5,9 kilometra i średniej 8,1% pokonałem w czasie 28:24 (avs. 12,6 kmh i VAM 1006 m/h). Liderem tabeli na obu tych sektorach jest obecnie Katalończyk David De la Cruz. Kolarz Etixxu 14 sierpnia 2016 roku sprawdził na tej górze swą formę przed Vueltą, na której zajął siódme miejsce w generalce po drodze wygrywając etap z metą na Alto de Naranco. Na górze było 11 stopni, acz za sprawą silnego wiatru i przelotnego deszczu odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Na domiar złego nie było się gdzie schować przed tymi kaprysami pogody. Teren wspomnianej stacji meteo był ogrodzony i zamknięty. Zastanawiałem się jak długo przyjdzie mi w tych ciężkich warunkach czekać na kolegów. Dario dojechał po niespełna 10 minutach pokonując całą trasę w 1h 45:53, zaś niespełna 6-kilometrową końcówkę w 30:35. Następnie już razem cierpliwie wyczekiwaliśmy przyjazdu Rafała. Ten na pokonanie całej góry potrzebował 2h 13:06, z czego 40:20 spędził na finałowym odcinku. Mimo surowej aury nie opuszczał nas dobry humor co zostało uwiecznione na zdjęciach wykonanych przez Darka.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/593703346

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/593703346

ZDJĘCIA