DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Mostizzolo
Wysokość: 1907 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1314 metrów
Długość: 20,6 kilometra
Średnie nachylenie: 6,4 %
Maksymalne nachylenie: 16 %
PROFIL
OPIS
W niedzielę pozostało nam już tylko ruszyć na północ ku słynnej Val di Sole. Dolina ta w latach 90. gościła światowe czempionaty w kajakarstwie górskim i snowboardzie. Natomiast w 2008 roku stała się areną Mistrzostw świata w kolarstwie górskim. Wbrew pozorom jej nazwa nie pochodzi od słońca, lecz od celtyckiej bogini Sulis. Długa na 40 kilometrów od przełęczy Tonale na zachodzie po miejscowość Mostizzolo na wschodzie jest otoczona potężnymi masywami górskimi: Ortler, Adamello i Brenta. Po dotarciu do Val di Sole mieliśmy się rozdzielić na dwa niezależnie działające oddziały. Ci z nas, którzy dotąd jeszcze nie bawili w tym rejonie czyli: Adam, Piotr i Roman mieli ruszyć na słynne przełęcze: Passo del Tonale (1883 m. n.p.m.) oraz Passo di Gavia (2621 m. n.p.m.). Dla mnie i Darka to byłoby jednak nic nowego. Obaj zaliczyliśmy Tonale w czerwcu 2010 roku podjeżdżając na tą przełęcz od strony wschodniej. Z kolei wielką Gavię zdobyłem już trzykrotnie, z czego dwa razy od strony południowej. Po raz pierwszy w lipcu 2006 roku w towarzystwie Darka i trzech innych kolegów. Drugi raz w czerwcu 2008 roku gdy wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim brałem udział w wyścigu Gran Fondo Marco Pantani. Trzeci raz od strony północnej do spółki z obecnym tu Adamem oraz Tomkiem Busztą. Jednym słowem „byliśmy i widzieliśmy”, więc naszym kolegom mogliśmy gorąco polecić zarówno wschodnie Tonale jak i południową Gavię. Leżąca na granicy Trentino i Lombardii przełęcz Tonale jest jedną z najpopularniejszych premii górskich w historii wyścigu Dookoła Włoch. Pojawiła się na Giro aż 25 razy. Po raz pierwszy w 1939 roku gdy na etapie z Trento do Sondrio najszybciej wjechał tu słynny Gino Bartali. Dwukrotnie wyznaczono na niej nawet metę etapu. W 1997 roku najszybciej od wschodu podjechał tu Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś trzynaście lat później od zachodu jako pierwszy dotarł w to miejsce Szwajcar Johann Tschopp. Wyniosła Gavia zadebiutowała na Giro w 1960 roku gdy najszybciej wspiął się na nią Włoch Imerio Massignan. Następnie „wróciła do gry” dopiero na śnieżnym i mroźnym etapie z roku 1988. Jak na razie 10 razy znalazła się w programie „La corsa rosa”. Co ciekawe pięciokrotnie zdobywali ją górale zza Atlantyku. Trzej Kolumbijczycy oraz Meksykanin, w tym dwukrotnie wspomniany już Gonzalez. Warto dodać, że wizyt na Gavii byłoby już tuzin, gdyby w latach 1989 i 2013 na przeszkodzie kolarzom nie stanęła iście zimowa aura. Jednym słowem nasi kompani wybierali się na górskie szlaki wielokrotnie przetestowane na trasach Giro d’Italia.
Dla siebie i Darka wolałem poszukać innych wyzwań w rejonie Val di Sole. Na szczęście ciekawych alternatyw nie brakowało. Na wschodnim krańcu tej doliny znalazłem podjazd do Malga Preghena u kresu Val Bresimo (1907 m. n.p.m.). Natomiast nieopodal miejsca startu naszych kolegów zaczynała się wspinaczka w głąb Val de la Mare (1970 m. n.p.m.). Obie jakkolwiek mało znane zasługują na status premii górskich pierwszej czy nawet najwyższej kategorii. Tym razem wyjechaliśmy z Bocenago po wpół do jedenastej. Do tego w drodze na Passo Campo Carlo Magno zrobiliśmy sobie dwa krótkie przystanki. Pierwszy już w Pinzolo na tankowanie i drugi tuż przed Madonna di Campiglio by przyjrzeć się górskim szczytom z Gruppo di Brenta. Następnie po zjechaniu do szosy SS42 na rondzie w Dimaro rozjechaliśmy się ku swym niedzielnym celom. Oni pojechali na zachód by po 12 kilometrach zatrzymać się w Cusiano. Natomiast my odbiliśmy na wschód i po 14 kilometrach zjechaliśmy z „krajówki” na wysokości Mostizzolo. Wbiliśmy się od razu na podjazd ku miejscowości Cis. Po siedmiuset metrach na tej bocznej drodze znaleźliśmy zacienione miejsce, gdzie można było zostawić samochód na około trzy godziny. Dziś wiem, że lepiej było zaparkować przy drodze krajowej i na niej zacząć wspinaczkę, a następnie skręcić ku miejscowościom: Scanna i Varallo. To byłby najkrótszy i zarazem zgodny ze ściągniętym z sieci profilem sposób na dotarcie do Livo. A tak wskoczyliśmy na rowery kilka minut po dwunastej by na początek zjechać w pobliże stacji kolejowej Mostizzolo, skąd postanowiliśmy zacząć naszą wspinaczkę. Od początku każdy z nas jechał swoje, bowiem Dario w swoim zwyczaju zaczął spokojnie. Pierwsze 1900 metrów na tej drodze okazało się być całkiem solidnym podjazdem. W najtrudniejszych momentach nachylenie przekraczało 8%. Niemniej za miasteczkiem Cis zaczął się półtorakilometrowy zjazd w stronę potoku Barnes. Dla kontrastu w drugiej połowie czwartego kilometra trafił się odcinek o stromiźnie przekraczającej 10%. Wąska alejka pośród sadów jabłkowych doprowadziła mnie w końcu do szerszej szosy na wysokości wspomnianego Livo (4,6 km). Niedługo na niej zabawiłem, gdyż już pięćset metrów dalej musiałem odbić w lewo na drogę SP68 prowadzącą do Bresimo. Pod koniec szóstego kilometra zostawiłem za sobą kolejną miejscowość na tym szlaku czyli Preghenę (5,9 km). Niebawem zmieniło się otoczenie drogi, albowiem las zastąpił wszechobecne dotąd sady owocowe. Ósmy kilometr trzymał jeszcze na solidnym poziomie 7-8%. Kolejne dwa kilometry na dojeździe do Bresimo (9,8 km) były łatwiejsze.
Na końcu tej wioski w pobliżu kościoła pod wezwaniem św. Bernarda trafiłem na rozjazd. Droga w prawo prowadziła pod górę. Szosa w lewo początkowo w dół, lecz według znaków to ona była główną. Pokręciłem się w kółko i ostatecznie odbiłem w lewo. Dario miał w tym miejscu podobną zagadkę, lecz wybrał „bramkę” prawą. Tym sposobem opracowaliśmy obie wersje tego odcinka. Mój kolega pojechał przez wioskę Fontana, zaś ja po krótkim zjeździe musiałem odrobić straconą wysokość podczas przejazdu przez Bagni (11 km), gdzie stromizna sięgnęła nawet 12,5%. Kolejne trzy kilometry były wymagające, acz znieczulone dwoma łatwiejszymi odcinkami. Po przejechaniu 14,7 kilometra raz jeszcze straciłem nieco czasu na rozmyślaniach. Tym razem znaki drogowe sugerowały, że szlak przez Val Bresimo wjedzie w lewo. Jednak szutrowa droga wydała mi się mocno podejrzana. Postanowiłem się trzymać asfaltowej drogi, która skręcała tu w prawo. To był trafny wybór. Niemniej najbliższy szesnasty kilometr okazał się być najtrudniejszym fragmentem całej wspinaczki. Z początku nachylenie wynosiło tu „tylko” 10-11%, lecz wkrótce stromizna skoczyła do 15%, zaś na poziomie powyżej 12% trzymała się przez dobre 350 metrów. Na początku czerwca taka ścianka mogłaby mnie pokonać. Niemniej w sierpniu miałem już w nogach więcej watów i jakieś trzy kilogramy mniej do wwiezienia na górę. Dzięki temu taki sektor nie był już dla mnie „ciężkostrawny”. Większa część siedemnastego kilometra miała nachylenie od 8 do 11 %. Trudniej zrobiło się w połowie kilometra osiemnastego. Tym razem stromizna z maximum do 13% trzymała przez ponad kilometr. Po przejechaniu 18,9 kilometra minąłem gospodarstwo Malga Bordolana di Sotto (1806 m. n.p.m.), przed którym kręciła się spora rzesza turystów. Widząc ich z oddali zastanawiałem się czy to już koniec wspinaczki. Alarm był przedwczesny, bowiem za Malgą szosa skręciła w lewo i wiodła jeszcze wyżej. Ponoć ten finałowy odcinek asfaltu został wylany ledwie dziesięć lat temu. Tym niemniej stromizna już powoli odpuszczała. Ostatni kilometr był stosunkowo łatwy. Do skraju szosy przy Malga Preghena di Sotto dojechałem pokonując 20,7 kilometra w czasie brutto 1h 25:42 (avs. 14,7 km/h). Gdyby nie rozterki natury nawigacyjnej zrobiłbym wynik około 1h i 24 minut. Według stravy na segmencie o długości 9,4 kilometra i przewyższeniu 832 metrów obejmującym odcinek powyżej Bagni uzyskałem czas 48:51 (avs. 11,6 km/h i VAM 1021 m/h). Dario pokonał ten fragment wzniesienia w 59:48 (avs. 9,5 km/h). Czekając na niego kupiłem ciastko w miejscowym barze. Solidnie zapracowałem sobie na tego typu nagrodę.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/676172241
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/676172241
ZDJĘCIA

