DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Scurelle
Wysokość: 1464 metry n.p.m.
Przewyższenie: 1074 metry
Długość: 14,1 kilometra
Średnie nachylenie: 7,6 %
Maksymalne nachylenie: 18 %
PROFIL
OPIS
Kwadrans po czternastej rozpoczęliśmy zjazd z Passo Manghen. Niemniej nie wszyscy od razu wróciliśmy do Castelnuovo. Darek wolał nie komplikować sobie życia powrotem do Valsugana i czekającym nas szukaniem początku drugiego podjazdu. Gdy tylko dowiedział się, że północny podjazd pod Manghen jest godny jego wyśrubowanych standardów (czyli ma ponad tysiąc metrów przewyższenia) postanowił zjechać do Molina di Fiemme by zdobyć tą przełęcz od przeciwnej strony. Zatem Dario ruszył na północ, zaś nasza czwórka zjechała na południe wcześniej przetartym szlakiem. Gdy kilka minut po piętnastej dotarłem na parking, niebo nad Castelnouvo było już mocno zachmurzone. Nad okolicą zbierały się ciemne chmury. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak dzień wcześniej późne popołudnie nad Valsuganą będzie burzowe. W myślach nie zazdrościłem Darkowi sytuacji w jakiej się znalazł. Niezależnie od pogody musiał jakoś wrócić z Val di Fiemme. Natomiast my mogliśmy się jeszcze wycofać z drugiej zaplanowanej wspinaczki. Zresztą Piotr już na przełęczy postanowił, iż pokonanie samego Manghen w pełni go satysfakcjonuje. Zostawił na tej górze sporo zdrowia, zaś dzień wcześniej przejechał przecież cztery inne premie górskie wokół masywu Sella i w cieniu Marmolady. Taka dawka górskich atrakcji dzień po dniu w pełni mu wystarczała. Ja postanowiłem podjąć drugie tego dnia wyzwanie, choć liczyłem się z tym, że na trasie czeka mnie co najmniej przejściowy prysznic. Adam i Romek też nie zamierzali odpuszczać, więc ostatecznie kusiliśmy swój los we trójkę. Dokładnie o 15:14 wróciliśmy na plac przed miejscowym merostwem. Jednak tym razem wyjechaliśmy z niego drogą SP41 obierając kierunek na północny-wschód ku miasteczku Scurelle. Dojazd był praktycznie płaski. Na pierwszych dwóch kilometrach tej trasy zyskaliśmy w pionie ledwie 26 metrów. W centrum wspomnianej miejscowości trzeba było zrazu skręcić w lewo na Via Beniamino Donzelli, zaś z tej ulicy po trzystu kolejnych metrach odbić w prawo na węższą Strada delle Pianezze. W tym miejscu wszystko się zmieniło. Przyznam, że znacznie drastyczniej niż byłem na to mentalnie przygotowany. Profil tego podjazdu znalazłem niegdyś na „archivio salite”, lecz później do niego nie wracałem i nie wbiłem sobie do głowy tak długiego kawałka czerwieni. Uważniej czytałem opis i wykres do wzniesienia Val Campelle zamieszczony pod pozycją nr 37 w książce „PVB-21: Trentino 1”. Tam zaś start owej wspinaczki wyznaczono bardziej na wschód, w pobliżu miejscowości Villa. Pierwsze kilka kilometrów miało mieć umiarkowane nachylenie na średnim poziomie poniżej 7%.
Tymczasem za Scurelle od razu zderzyliśmy się ze ścianą. Naiwnie pomyślałem sobie, że będzie stromo co najwyżej przez pół kilometra, a potem droga nam odpuści. Ruszyłem zatem szybko. Na tyle mocno, że moi dwaj koledzy niemal od razu zostali w tyle. Stromizna poszybowała do 12% i co gorsza nie zamierzała na tym poprzestawać. Łudziłem się, że szosa wkrótce się złagodzi, lecz za każdym kolejnym zakrętem czekała mnie przykra niespodzianka. Zdecydowanie za mocno zacząłem tą wspinaczkę i zacząłem się liczyć z tym, iż przyjdzie mi za to zapłacić. Niemniej na razie jakoś się trzymałem. Według stravy do wioski Pianezze dojechałem w 10:42 (avs. 9,5 km/h – VAM 1170 m/h). Nad Romkiem nadrobiłem równo minutę, zaś nad Adamem zyskałem 1:23. Dodam, że na tym odcinku o długości 1,7 kilometra średnie nachylenie wyniosło 12,3% przy max. 14%. Dalej wcale nie było łatwiej. Nasz szlak dopiero na wysokości około 650 metrów n.p.m. połączył się z tym książkowym. Po chwilowym spadku do ledwie 6% na początku czwartego kilometra stromizna znów ostro podskoczyła tym razem aż do poziomu 15,4%. Lektura zresztą przestrzegała, iż maksymalne nachylenie sięgnie na tej górze nawet 17%! Na pierwszych czterech kilometrach naszej wspinaczki musieliśmy pokonać w pionie aż 461 metrów co daje średnio 11,5%. Niezły „hardcore”, tym bardziej zaś z wielką Manghen w nogach. Tymczasem najgorsze miało dopiero nadejść. Niebo w końcu się zbiesiło i lunął na nas rzęsisty deszcz. Na szczęście dzień był ciepły. Na pierwszej górze nawet powyżej 2000 metrów było wciąż 25 stopni Celsjusza. Drugą wspinaczkę zaczynaliśmy przy temperaturze grubo powyżej 30 st. Oczywiście burza przyniosła spore ochłodzenie, ale póki trzeba było się zmagać z dużą stromizną ogrzewanie organizmu miałem zapewnione. Tylko mokra szosa ze strumieniami wody płynącej w przeciwnym do mojego kierunku jazdy stanowiła pewien kłopot. W połowie piątego kilometra droga wypłaszczyła się na blisko kilometr. Potem trzeba było jednak pokonać kolejny trudny odcinek czyli 1200 metrów z maksem na poziomie 13,8%. Z naprzeciwka zjeżdżały jeden samochód po drugim. Popołudniowe załamanie pogody skłoniło wielu turystów do skrócenia sobie górskiego pikniku. Zapewne z niedowierzaniami spoglądali oni tak na mnie jak i jeszcze dwóch innych wariatów, którym w strugach ulewnego deszczu chciało się zmagać z tak stromym wzniesieniem.
Sześćset metrów za końcem wspomnianej stromizny, po przejechaniu 7,2 kilometra od początku wspinaczki, dotarłem do Rifugio Crucolo znajdującego się na wysokości 1110 metrów n.p.m. Według stravy odcinek 6,5 kilometra na dojeździe do tego miejsca miał średnio 10%. Segment ten pokonałem w 38:22 (avs. 10,3 kmph – VAM 1016 m/h). Na wysokości schroniska rozchodziły się dwie równoległe drogi. Sugerując się wcześniej napotkanym znakiem drogowym wybrałem lewą opcję. Tym samym przez kolejne 1100 metrów jechałem delikatnie w dół przy średniej – 2%. Opcją prawą była Strada dei Sassi Rossi. Później odkryłem, że obie drogi schodzą się ponownie na poziomie około 1330 metrów n.p.m. Po zakończeniu zjazdu miałem do przejechania odcinek 2,6 kilometra o średniej 8,5% i max. 12,2 %. Minąłem na nim osadę Prai Tomei (9,4 km). Dwa kilometry dalej na łączniku wspomnianych dróg pokręciłem się chwilę w kółko zanim ujrzałem drewnianą tablicę wyznaczającą kierunek jazdy do Rifugio Carlettini (1373 m. n.p.m.). Ogólnie łatwy odcinek, acz z dwoma krótkimi ściankami doprowadził mnie do owego schroniska. Minąłem je po przejechaniu 14,6 kilometra od Castelnuovo czyli 12,3 km od początku tej wspinaczki. Chcąc zaliczyć kolejny w swym życiu „tysięcznik” musiałem się jeszcze trochę powspinać. Na razie miałem asfalt pod kołami, więc postanowiłem dotrzeć przynajmniej do końca szosy. Ostatecznie przejechałem 16,34 kilometra czyli mój podjazd miał nieco ponad 14 kilometrów. Ten dystans pokonałem w 1h 07:46 (avs. 12,4 km/h). O dziwo na finałowych 1800 metrach ze średnią 6% ustrzeliłem KOM-a z czasem 6:34 (avs. 17,0 km/h). Jak na razie jestem tu liderem pośród 104 zarejestrowanych osób. Zatrzymałem się za mostkiem nad potokiem Maso del Spinelle. Na drogę leśników Cinque Croci już nie wjeżdżałem, choć i ona początkowo wyglądała na asfaltową. Uznałem, że najwyższy czas wracać. Chciałem już tylko zjechać bezpiecznie do Castelnuovo. Zastanawiałem się czy po drodze spotkam Adama lub Romka. Zobaczyłem ich jednak dopiero w mieście. Okazało się, że obaj dotarli do Rifugio Crucolo. Potem Romano „moją” lewą opcją zajechał jeszcze do okolic wspomnianego łącznika i zawrócił spod Malga Cenon di Sotto. Za to Adamo odbił w prawo na Drogę Czerwonych Kamieni, lecz przejechał nią tylko czterysta metrów i zawrócił z wysokości 1134 metrów n.p.m. Ja tego dnia przejechałem w sumie 79,5 kilometra o łącznej amplitudzie 2750 metrów. Pod względem przewyższenia był to mój najtrudniejszy etap górski w sezonie 2016. Przebił mnie jednak Dario zdobywając Manghen z obydwu stron. Na dystansie 77,5 kilometra musiał zrobić w pionie co najmniej 2939 metrów.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/679443076
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/679443076
ZDJĘCIA

