DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Cusiano
Wysokość: 1970 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1018 metrów
Długość: 16 kilometrów
Średnie nachylenie: 6,4 %
Maksymalne nachylenie: 11,4 %
PROFIL
OPIS
Na górze spędziłem aż 45 minut. Kilka minut więcej zabrał mi blisko 20-kilometrowy zjazd do samochodu. Słowo zjazd jest tu pewnym niedomówieniem, albowiem między potokiem Barnes a miejscowością Cis trzeba się było wspinać przez półtora kilometra. Ogółem w drodze powrotnej strava naliczyła mi nawet 94 metry przewyższenia. Około wpół do czwartej ruszyliśmy na zachód ku naszej drugiej górze. Pokonaliśmy autem około 25 kilometrów, po czym między Cusiano a Fucine od razu skręciliśmy w drogę SP87. Przejechawszy jeszcze kilkaset metrów zjechaliśmy na prawo w gruntową ścieżkę gdzie pod lasem zaparkowaliśmy samochód. W dolinie Val di Peio byliśmy już wcześniej. Dokładnie 1 czerwca 2010 roku. Tego dnia po zaliczeniu Passo del Tonale pokonaliśmy jeszcze przeszło 11-kilometrowy podjazd do wioski Peio (1579 m. n.p.m.). Zrobiliśmy to ledwie sześć dni po wizycie peletonu Giro d’Italia w tych stronach. Siedemnasty etap 93. Giro kończył się w stacji Peio Terme (1393 m. n.p.m.) i wygrał go Francuz Damien Monier. Nie był to zresztą pierwszy flirt tej doliny z wielkim Giro. Po raz pierwszy wyścig Dookoła Włoch zajrzał do Peio już w 1986 roku. Wówczas triumfował w tym miejscu Holender Johan Van der Velde. Tym razem wybraliśmy sobie podjazd znacznie trudniejszy od tego, z którym zwykli się tu mierzyć zawodowcy. Chcieliśmy dotrzeć do kresu Val de la Mare na wysokość niemal 2000 metrów n.p.m. Zarówno według „cyclingcols” jak i „archivio salite” aby tego dokonać należało przejechać 15,4 kilometra o średnim nachyleniu 6,6% i przewyższeniu 1024 metrów. Na bazie takich suchych danych można by pomyśleć, iż jest to kilkunasto-kilometrowy podjazd o umiarkowanej stromiźnie. Niemniej wystarczyło tylko rzucić okiem na profil tego wzniesienia by dowiedzieć się, że składa się ono z dwóch zupełnie różnych połówek. Mamy tu dolny segment o nachyleniu niespełna 3,5% oraz górny ze stromizną powyżej 9,6%. Większą część tego łatwego „otwarcia” poznaliśmy przed sześciu laty, albowiem 6-kilometrowy odcinek od drogi krajowej SS42 do miejscowości Cogolo (1170 m. n.p.m.) jest wspólny dla obu tutejszych wspinaczek. Darek nie czuł się tego dnia najlepiej. Jak sam stwierdził do tej wyprawy był dobrze przygotowany, lecz po czwartkowym „prologu” przyplątało się do niego jakieś przeziębienie, które męczyło go przez kilka pierwszych dni. Dlatego zdecydowaliśmy, że ruszy on z zapasem około dziesięciu minut. Dario wystartował o godzinie 16:25 z miejsca naszego stacjonowania. Ja zjechałem jeszcze do wspomnianej „krajówki” i rozpocząłem swoją „czasówkę” o 16:37. Tym samym na starcie miałem stratę 12 minut i 500 metrów.
Początek był niemal płaski. Delikatny podjazd zaczął się po siedmiuset metrach. Na drugim i trzecim kilometrze nie brakowało już miejsc o nachyleniu 6%. Trzymałem tu tempo w okolicy 18 km/h. Na wypłaszczeniu pod koniec piątego kilometra minąłem Celledizzo. Początkowy segment o długości 5,8 kilometra przejechałem w czasie 16:26 (avs. 21,3 km/h). Na wysokości Cogolo trzeba było zjechać z szosy SP87. Odbiłem w prawo na via Giovanni Cavalotti i nadal kierowałem się na północ. Teren z łatwego na trudny zmienił się dopiero za mostkiem nad potokiem Noce Bianco (7,9 km). Gdy tylko zaczęły się schody wrzuciłem łańcuch na tryb z 24 ząbkami. Postanowiłem się go trzymać możliwie najdłużej. Wytrzymałem tak przez ponad pięć kilometrów, choć stromizna sięgała nawet 11%. Stromizna odpuściła na kilkaset metrów w połowie czternastego kilometra. To było czas na złapanie głębszego oddechu przed finałem. Ostatnie 1800 metrów miało być najtrudniejszym fragmentem tej wspinaczki. Na domiar złego zaczęło padać. Na początku piętnastego kilometra złapałem Darka. Zapytałem go czy kończymy podjazd razem? Mój kompan jak zwykle honorowy odrzekł abym jechał swoje. Końcówka wiodła po wąskiej dróżce. Najpierw przez las z dwoma wirażami, potem niejako po półce z urwiskiem po lewej i wysoką ścianą po prawej stronie szosy. Było już po wpół do piątej, więc turyści zaczęli schodzić z górskich szlaków. Niestety trafili się również ci zmotoryzowani. Jakieś 900 metrów przed końcem jeden z samochodów na chwilę zablokował mi przejazd. Do kresu asfaltowej drogi dotarłem przejechawszy równo 16 kilometrów w czasie 1h 05:03 (avs. 14,8 km/h). Według stravy przejazd przez górny segment o długości 7,8 kilometra i przewyższeniu 725 metrów zabrał mi 43:05 (avs. 11,0 km/h i VAM 1009 m/h). Darek zakończył swoją wspinaczkę w 1h 17:45, zaś górną połówkę przerobił w 52:36 (avs. 9,0 km/h). Na szczycie było głośno. Głównie za sprawą potoku z hukiem spadającego z pobliskiej góry. Warunki pogodowe średnie czyli 17 stopni Celsjusza i mżawka. Po około 20 minutach tam spędzonych zaczęliśmy zjazd. W pierwszej fazie mokry, acz bez świeżych opadów. Dario zrobił kilka miejskich fotek w centrum Cogolo. Ja poganiany przez mocny wiatr w plecy finiszowałem z prędkością powyżej 60 km/h mimo skromnego spadku terenu. Przejechaliśmy w sumie 73 kilometry o łącznym przewyższeniu 2399 metrów. Nasi trzej koledzy przebili ten wynik. Zaliczyli trzy premie górskie: wschodnie Tonale, południową Gavię i na dobicie Tonale od strony zachodniej. Przejechali co najmniej 82 kilometry z amplitudą około 2800 metrów.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/676172254
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/676172254
ZDJĘCIA

