Vallone del Preit

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: bivio Canosio

Wysokość: 2083 metry n.p.m.

Przewyższenie: 891 metrów

Długość: 10,3 kilometra

Średnie nachylenie: 8,7 %

Maksymalne nachylenie: 16 %

PROFIL

OPIS

Z Vernetti do skrętu na Canosio miałem ledwie pół kilometra. Zastanawiałem się jeszcze na zjazdem do Ponte Marmora i zrobieniem podjazdu pod Vallone del Preit w pełnej wersji. Do dziennego przebiegu dodałbym sobie osiem kilometrów, w tym cztery pod górę o średnim nachyleniu 6,2%. Dzięki temu miałbym w swej kolekcji kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad tysiąca metrów. Niemniej w przeciwieństwie do nieustraszonego Darka, który zdecydował się na taki manewr w sobotę i to w dłuższej wersji, jakoś nie mam weny do męczenia się dwa razy jednego dnia na tym samym szlaku. O czekającym mnie teraz podjeździe po raz pierwszy usłyszałem, a w zasadzie przeczytałem we wrześniowym numerze Bicisport z roku 2009. W magazynie tym znalazłem reportaż z wyścigu Giro delle Valli Cuneesi, w którym najwięcej miejsca poświęcono na etap kończący się właśnie w tym miejscu. Wygrał go zaledwie 19-letni Fabio Felline, dziś kolarz z worldtourowej ekipy Trek-Segafredo. W sezonie 2013 uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu ponownie. Tym razem wygrał Gianfranco Zilioli, który tej zimy zamienił trykot Androni Giocattoli na barwy ekipy Nippo-Fantini. Ten podjazd w szosowej wersji kończy się obecnie na poziomie 2086 metrów n.p.m. To znaczy na wysokości powstałej w 1991 roku Azienda Agrituristica La Meja. Ostatni ponad 2-kilometrowy i najbardziej stromy kawałek asfaltu położono tu zapewne w roku 2008, albowiem gdy GdVC zawitała w te strony w roku 2007 etap zakończono we wiosce Preit (1540 m. n.p.m.). Wydana w lutym 2003 roku książka „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2” wspomina, iż droga asfaltowa kończyła się wówczas na wysokości 1817 metrów n.p.m. przy osadzie Servino. Podjazd ten w jego skróconej wersji można podzielić na cztery części. Pierwsza to kilometrowy wstęp na dojeździe do Canosio. Dość łatwy odcinek o średnim nachyleniu 4,7%. Drugi segment to fragment z Canosio do Preit liczący 3,4 kilometra przy średniej 8,4 %, który zawiera m.in. 300-metrowy odcinek o nachyleniu 14% pod koniec trzeciego kilometra od rozjazdu. Trzeci fragment to przestrzeń między Preit i Servino o długości 3,5 kilometra i średniej 7,9%. Na dobicie pozostaje zaś finałowy odcinek 2,2 kilometra o niebagatelnej stromiźnie 12,1 %, który kończy się przy wspomnianym gospodarstwie rolnym na Altopiano della Gardetta.

Wystartowałem o godzinie 16:11. Ze stravy wynika, iż dosłownie minutę wcześniej Dario zaczął swą znacznie dłuższą od mojej wspinaczkę wschodnim szlakiem na Colle dei Morti. Czyżbyśmy po siedmiu latach wspólnych wypraw nabyli łączność telepatyczną? Dojazd do Canosio zgodnie z oczekiwaniami okazał się łatwy. Na polanie po prawej stronie drogi dojrzałem dziesięć wigwamów, lecz nie kręcili się wśród nich żadni Indianie. Z kolei po lewej stronie szosy Tak na wjeździe jak i wylocie z wioski przy szosie stały ludziki z napoleońskich kapeluszach. Tuż za Canosio droga znacząco się zwęziła. Po przejechaniu 2 kilometrów minąłem skręt na Colle San Giovanni (1621 m. n.p.m.). Gdybym skręcił tu w prawo to dotarłbym na to wzniesienie po przejechaniu 3,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4%. Jednak na wprost przed sobą miałem ciekawszy cel. Na trzecim kilometrze wspinaczki trzeba było się już bardziej wysilić. Najpierw 700 metrów o średniej 8,3%, a potem wspomniana już 300-metrowa stromizna. Pod koniec czwartego kilometra dwa pierwsze wiraże na wysokości Pian Preit. W połowie piątego kilometra byłem już we wiosce o tej samej nazwie. Odcinek czterystu metrów bezpośrednio za tą miejscowością był ostatnim miejscem na złapanie głębszego oddechu. Na 3-kilometrowym dojeździe do Servino droga trzyma bowiem już niemal cały czas na poziomie 8,6-8,9%. Na 5 kilometrów przed szczytem minąłem dużą tablicę, z którą bliżej zapoznałem się dopiero na zjeździe. Wynika z niej, że w każdy lipcowy i sierpniowy weekend oraz w pierwsze dwie niedziele września na tym finałowym odcinku asfaltowej drogi obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Po przejechaniu 6,3 kilometra przejechałem obok miejsca zwanego Grange Salvest, zaś niedługo potem minąłem kolejne dwa wiraże przy Grange Pratolungo (6,7 km). Najgorsze miało się zacząć dopiero na dziewiątym kilometrze. Tam pokonałem dwie pary wiraży pod tytułem w prawo i w lewo. Jednak zdecydowanie najtrudniejszy okazał się kilometr dziesiąty. Czekała tu na mnie najpierw prosta o długości 600 metrów, a potem dwa wiraże, zaś wszystko na stałym poziomie kilkunastu procent. Na ostatnich trzystu metrach minąłem polanę, na której trawkę skubały trzy górskie mustangi. W sumie przejechałem 10,3 kilometra w czasie netto 52:13. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 10,2 kilometra, który pokonałem w 51:22 (avs. 12,0 km/h i VAM 991 m/h). To jedenasty wynik na 97 dotychczas odnotowanych, a przy tym najlepszy ze wszystkich w sezonie 2015. Widać żaden as z Garminem w tym roku tu nie zaglądał. Co ciekawe 6 z 7 najlepszych czasów pochodzi z 29 lipca 2013 roku czyli ze wspomnianego etapu Giro delle Valli Cuneesi.

Miejsce do którego dotarłem wygląda jak kawałek górskiego raju. Płaskowyż otoczony szczytami, z których najwyższa jest Rocca La Meja (2830 m. n.p.m.). Kamienista droga leci stąd jeszcze dalej w dwóch kierunkach: na wprost i w prawo. Ta druga pnie się do góry jeszcze przez cztery kilometry z hakiem. Gdybym dojechał tu na góralu lub choć na przełajówce mógłbym kontynuować wspinaczkę i dotrzeć do Rifugio Gardetta (2335 m. n.p.m.), a nawet na Passo della Gardetta (2437 m. n.p.m.). Jednak tego dnia w pełni zadowolił mnie kolejny zdobyty „dwutysięcznik”. Dodam, że góra ta miała średnie nachylenie 8,7 % i przewyższenie 891 metrów. Taki finał poprzedzony podjazdem pod Colle dell’Esischie od Pradleves lub wspinaczką pod Colle delle Morti od Demonte byłby godny królewskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej ze względów logistycznych tak się chyba nigdy nie stanie. Niestety za mało tu miejsca na rozlokowanie karawany wielkiego wyścigu. Może to i lepiej. Pewnych skarbów natury warto nie zadeptywać. Po trwającym godzinę zjeździe do samochodu w Ponte Marmora dotarłem kwadrans po osiemnastej. Na przyjazd Darka czekałem przeszło godzinę. Nie bez przyczyny. Mój kolega miał znacznie trudniejsze zadanie do wykonania. Jak wspomniałem aby wrócić na Colle dei Morti musiał pokonać 21,9 kilometra o średniej stromiźnie 7,6 % i amplitudzie 1658 metrów. Ale to jeszcze nic. Ostatnie 15 kilometrów tego wzniesienia, powyżej wioski Campomolino trzyma tam na średnim poziomie 9 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 14%. Dodam, że na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów obejmujących kilkaset wzniesień ta góra zajmuje siódme miejsce. Najciekawszym dla oka miejscem na szlaku Darka było znajdujące się na wysokości 1761 metrów n.p.m. Santuario di Santo Magno. Pomimo zmęczenia pierwszą wspinaczką Dario trzymał fason. Całą górę pokonał w czasie 1h 48:25. Na pierwszych kilometrach jechał z rezerwą, gdy zrobiło się stromo depnął już mocniej. Według stravy przeszło 14-kilometrowy segment pomiędzy Campomolino a Colle dei Morti pokonał w czasie 1h 22:12 przy średniej prędkości 10,6 km/h i VAM 936 m/h. Dało mu to 195 miejsce pośród 945 osób. Mój kolega na obu zboczach Fauniery przejechał w sumie 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3200 metrów. W porównaniu z nim miałem stosunkowo luźny dzień. Mój licznik zatrzymał się po 64 kilometrach. Przy tym w pionie pokonałem „tylko” 2419 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/392276288

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/392276288

ZDJĘCIA

Preit_001

Zdjęcie 1 z 30