Na 23 i 24 lipca zaplanowałem wycieczki ku południowym rejonom Alp. W tych dwóch dniach nasze rowerowe wysiłki skoncentrować się miały na drogach departamentu Alpes-de-Haute-Provence. Czekały nas wyskoki w okolice dziksze, mniej „skażone” wszechobecnym we francuskich Alpach przemysłem turystycznym. Naszą bazą wypadową do wszystkich trzech tras miała być dolina górskiej rzeki Ubaye. Dla Basi i Darka była to „terra incognita”. Ja zaś byłem tu tylko raz, drugiego dnia swej pierwszej wyprawy do Francji. Pojechałem wówczas wraz z Piotrkiem do Barcelonnette, aby zdobyć najwyższą kolarską górę Europy czyli Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Dlatego też wybierając się w ten rewir ponownie, wobec jak zwykle ograniczonego czasu działania, nie byłem już zainteresowany największą atrakcją tych stron. Niemniej nie omieszkałem zareklamować tego wzniesienia swemu koledze. Dlatego też w czwartek 23 lipca podobnie jak osiem dni wcześniej w Bourg-Saint-Maurice postanowiliśmy rozdzielić swe siły i ruszyć na podbój okolicznych gór niezależnie od siebie. Jeden start i jedna meta, lecz dwie zupełnie różne trasy. Darek za moją namową miał zdobyć niebotyczną Bonette, ja zaś chciałem poznać dwa znacznie krótsze podjazdy tzn. pod przełęcz Vars oraz do stacji górskiej Pra-Loup.
Opcje dojazdu do Jausiers mieliśmy dwie. Niezależnie od wybranego wariantu trasy przejazd samochodem do tej miejscowości na wspólną linię startu miał nam zająć przeszło godzinę. Dlatego musieliśmy opuścić Chateauroux-les-Alpes stosunkowo wcześnie. Na dojazd wybrałem znany mi sprzed lat wariant zachodni tzn. szlak wiodący wzdłuż brzegów rzeki Durance, jeziora Serre-Poncon i wspomnianej Ubaye. Wersja wschodnia była krótsza, lecz prowadziła w terenie bardziej górskim bo przez przełęcz Vars, przez co czasowo nie mieliśmy tu nic do zyskania. Na postój wybraliśmy parking tuż za rzeką, położony w pobliżu ośrodka wypoczynkowego i zarazem u samego podnóża wspinaczki pod Col del la Bonette. Darek mógł więc niejako z miejsca przystąpić do realizacji swego celu. Czekał go etap relatywnie krótki, ale za to niewątpliwie intensywny. Ja miałem do przejechania dystans niemal dwukrotnie dłuższy, choć w sumie nieco łatwiejszy. Oba czekające mnie wzniesienia dzielił bowiem dłuższy, płaski odcinek na terenie Vallee de l’Ubaye, który musiałem pokonać w obie strony. Dlatego ruszyłem jako pierwszy około godziny jedenastej. Na starcie miałem przyjazną temperaturę 26 stopni, acz szare chmury na niebie zdawały się grozić załamaniem pogody i przynajmniej przelotnymi opadami deszczu.
Ponieważ moim pierwszym celem była przełęcz Vars zacząłem swój wyjazd od skrętu w prawo tzn. w górę wspomnianej doliny. Pierwsze osiem kilometrów było niemal płaskie. Po drodze minąłem wioskę La Condamine-Chatelard i po siedemnastu minutach dotarłem na rozdroże Les Gleizolles. Tu musiałem skręcić w lewo i zjechać z drogi D-900. Gdybym pojechał prosto to już po chwili rozpocząłbym 16-kilometrowy podjazd pod graniczną przełęcz Col de Larche (po włoskiej stronie zwany Maddaleną). Z uwagi na bliskość włoskiej granicy nie brak tu było zaczepionych na skałach fortyfikacji czy też położonych w dolinach grodów warownych. Dziś są one niemymi świadkami niespokojnej historii tych stron. Gdy byłem jeszcze na drodze D-900 to podnosząc swój wzrok ku niebo po swej lewicy widziałem Fort Tournoux. Natomiast gdy wjechaniu na prowadzącą ku Vars szosę D-902 po swej prawicy ujrzałem Redutę Berwick. Podjazd pod Vars od południowej strony jest krótszy i mimo paru niespodzianek nieco łatwiejszy od swego północnego oponenta. W sumie jednak to podstępna góra, której nie sposób lekceważyć. Mierząc owo wzniesienie nieco na wyrost czyli od wspomnianego rozdroża cały dystans 14,1 kilometra można by podzielić na cztery fragmenty, z których każda kwarta jest wyraźnie trudniejsza od poprzedniej. Im dalej w las tym więcej drzew. Bardzo łatwo można dać się zwieść łagodnym początkiem, przeliczyć z siłami i zapłacić za to na bardzo trudnej końcówce. Col de Vars (2108 m. n.p.m.) ma też bogatą historię występów w Tour de France. Pojawił się na trasie tego wyścigu już w 1922 roku i został wykorzystany aż 33 razy, w tym 13-krotnie przed II Wojną Światową. Zazwyczaj utrudniał on życie kolarzom do wespół z Izoard na etapach do Briancon.
Pierwsze 3600 metrów za rozjazdem trudno uznać za początek prawdziwej wspinaczki. Droga wznosi się tu przy skromnym nachyleniu 1,9 %. Dzięki temu mimo oszczędnej jazdy przebyłem ów odcinek ze średnią prędkością 26,6 km/h. Podjazd zaczyna się na dobre dopiero przed pierwszym tunelem i poprzedzającym go mostkiem nad rzeką Ubaye. Przez kolejne 2200 metrów wciąż jechałem dość szybko, bo z przeciętną 22,2 km/h, lecz wymagało to większego niż wcześniej nakładu sił. Co prawda stromizna szosy dwukrotnie wzbiła się tu na poziom 8 %, lecz średnie nachylenie nadal było łagodne mierząc tylko 3,6 %. Po minięciu wioski Saint-Paul-sur-Ubaye żarty się skończyły. Najpierw 2800 metrów o średnim nachyleniu 6,3 % przejechane w przyjemnym tempie 17,1 km/h. Potem 750 metrów płaskiego terenu. W sam raz na złapanie ostatniego oddechu przed stromym finałem. Schody do nieba zaczynają się za osadą Melezen, gdzie droga wspina się tak stromym zboczem, iż stojący przy drodze kościół po chwili znajduje się poniżej poziomu barierek. W sumie 4800 metrów o średnim nachyleniu 8,6 i max. ponad 13 %. W pobliżu szczytu zadanie utrudniał mi dodatkowo mocny wiatr. Mimo wszystko finiszował całkiem dziarsko ze średnią 13,2 km/h. Zasadnicza część wzniesienia począwszy od tunelu przy Pas de la Reyssole liczyła sobie 10,54 km o przewyższeniu 721 metrów i średnim nachyleniu 6,84 %. Pokonanie tego odcinka zajęło mi 39 minut i 57 sekund co oznacza, iż „kręciłem” ze średnią prędkością 15,829 km/h. Wskaźnik VAM bardziej obiektywny od pomiaru prędkości był też całkiem wysoki tzn. 1082 m/h.
ZDJĘCIA

