W piątkowe popołudnie opuściliśmy chłodną dolinę Maurienne by po trzygodzinnej podróży w cieplejsze strony dotrzeć do naszej drugiej bazy noclegowej nieopodal Montelimar. Jak się okazało wybrana jeszcze przez Piotra Gite Chenavari położona była na przeciwległym względem tego miasta brzegu Rodanu. Jednak o ile przeprawa przez rzekę poszła gładko o tyle odnalezienie gospody ukrytej na wzgórzach ponad Rochemaure nie było już łatwym zadaniem. Nie odbyło się bez wskazówek ze strony mieszkańców owego miasteczka. Gdy już ustaliśmy kierunek finałowych kilometrów trzeba było jeszcze zmierzyć się z samochodowym górskim odcinkiem specjalnym, przy którym wcale niełatwy dojazd do osady La Palaz na terenie Saint-Helene-sur-Isere był błahostką. Tutaj bowiem przez trzy kilometry musieliśmy wspinać się drogą szeroką na półtora samochodu gdzie wymijać inny pojazd można było jedynie w przewidzianych na ten manewr strefach z mini-zatoczkami. Po drodze dodatkową atrakcję stanowił dwukrotny przejazd przez bramę w murach XII-wiecznego kompleksu zamkowego Chateau de Rochemaure. Nasza nowa gospodyni okazała się osobą tyleż cierpliwą, co wyrozumiałą. Po pierwsze czekała na nas niemal do dwudziestej, a po drugie za niewielką dopłatą ad hoc zorganizowała nam dostawkę, albowiem przyjechaliśmy w składzie 3-osobowym, zaś rezerwacja zgodnie możliwościami lokalowym była 2-osobowa. Z podwórza przed Gite Chenavari mieliśmy piękny widok na wijącą się w kierunku południowym niebieską wstęgę Rodanu, zaś w kierunku zachodnim na wzgórze Pic de Chenavari (507 m. n.p.m.). Za nim kryły się zapewne rozliczne wzniesienia departamentu Ardeche – znane mi i Darkowi z przygód na trasie trzydniowego rajdu Ardechoise, który w szerszym gronie przejechaliśmy w czerwcu 2006 roku.
Niedziela 19 lipca była dla nas obowiązkowym dniem przerwy w rowerowych podbojach. Po tygodniu spędzonym w górach Sabaudii miałem już w nogach 570 kilometrów wykręconych po alpejskich szosach. Darek niewiele mniej zważywszy na to, iż odpuścił sobie jedynie wyjazd na Mont Revard. Dystans może umiarkowany, lecz ów „przebieg” miał swój ciężar gatunkowy” w postaci blisko 15.000 metrów przewyższenia. Drakońska to dawka, szczególnie jak na amatora przejeżdżającego rocznie około 10.000 kilometrów. Tym bardziej w zderzeniu z faktem, iż zawodowcy – jakkolwiek w bez porównania większych tempie i stresie – „robią” podczas trzech tygodni Touru czy Giro nie więcej jak 25.000 metrów amplitudy. Rowerowa pauza była wskazana jednak nie tyle z uwagi na ciężki bagaż dotychczasowych doświadczeń, lecz z uwagi na czekające nas jeszcze wyzwania. Po pierwsze poniedziałkowy L’Etape du Tour. Teoretycznie łatwiejszy niż dwie poprzednie edycje, w których brałem udział, ale z finałem na budzącej najwyższy respekt Mont Ventoux. Po drugie po kolejnej próbie swych sił na L’Etape czekało nas jeszcze pięć dni harców i w sumie dziesięć solidnych wzniesień na drogach trzech departamentów w południowej części francuskich Alp. Rowerowa pauza nie oznaczała jednak kompletnego wypoczynku. Po pierwsze należało załatwić przedstartowe formalności w Montelimar. Po drugie w uznaniu dla cierpliwości, wyrozumiałości i kunsztu kulinarnego Basi uznałem, iż trzeba wybrać się na wycieczkę do Awinionu, z którego stuprocentowy turysta w osobie naszej Białogłowy będzie miał znacznie więcej kulturalnego pożytku niż ze zwiedzania niekoniecznie napakowanych atrakcjami górskich kurortów. Po trzecie w końcu chciałem skorzystać z przewidzianej przez organizatorów L’Etape du Tour możliwości pozostawienia samochodu w okolicy mety wyścigu i tym sposobem zapewnić nam możliwie najwygodniejszy powrót do bazy po trudach poniedziałkowej imprezy.
Tym samym teoretycznie wypoczynkowa niedziela została wypełniona od rana do wczesnego wieczora bogatym programem zajęć wszelakich. Po śniadaniu w Gite Chenavari zjechaliśmy do Rochemaure i by przez most na Rodanie wkroczyć na teren departamentu Drome. Jadąc do Montelimar mieliśmy okazję poznać dojazd na start L’Etape du Tour. Szlak do powielenia o brzasku dnia następnego. We wiosce stawiliśmy się około dziewiątej. Na początek załatwiliśmy formalności startowe. Organizacja jak co roku bez zarzutu. Lista startowa podzielona na szereg boxów. Odbiór okolicznościowych plecaków z paroma gadżetami, numerami startowymi oraz przede wszystkim chipami, które należało następnie zarejestrować na odrębnym stanowisku. Kilka minut i po sprawie. Można było zacząć zwiedzać teren. Poranny przyjazd miał swoje plusy i minusy. Z jednej strony umiarkowana liczba spacerowiczów i łatwiejszy wgląd czy dostęp do dóbr wszelakich. Z drugiej strony jednak nie wszystkie punkty sprzedaży ruszyły jeszcze ze sprzedażą czy prezentacją swych towarów. Rynek pełen dóbr rozmaitych dla kolarskiego praktyka. Od rzeczy tanich jak bidony i odżywki poprzez szeroki wybór strojów na artykułach luksusowych jak koła i pełne rowery Looka, Specialized czy Treka skończywszy. Darek po długich przymiarkach zdecydował się na zakup nowego kasku, który swój chrzest bojowy miał przejść na szosach Prowansji. Ja na stoisku przy wylocie z owej wioski nabyłem książką cenną nie tylko z uwagi na treściowo-fotograficzną zawartość, a mianowicie „Tour de France. Le Ventoux. Sommet de la Folie” – autorstwa dziennikarzy z „L’Equipe”. Swój poranny pobyt we francuskiej stolicy nugatów (słodkości produkowanych na bazie cukru, miodu, orzechów włoskich i piany z białek) ograniczyliśmy do ledwie godziny. Około dziesiątej wróciliśmy do samochodu by szlakiem wzdłuż Rodanu wyruszyć ku dawnej siedzibie papieży.
ZDJĘCIA
